Stambuł. Przez Bułgarię do miasta imperiów
Stambuł od dawna znajdował się na liście miejsc, które chciałam odwiedzić. Pod koniec września i z początkiem października znalazłam się więc … w bułgarskich Złotych Piaskach. Interesował mnie pobliski Nesebyr oraz dwudniowy wypad do Stambułu. Owszem, technicznie mogłam zorganizować wszystko samodzielnie i dolecieć bezpośrednio do Turcji, ale w praktyce nie zawsze jest to najlepsze rozwiązanie. W przypadku niektórych miejsc wejścia grupowe działają sprawniej, kolejki bywają krótsze, a logistyka całego pobytu staje się po prostu łatwiejsza. W tamtym momencie nie miałam też pewności, jak dokładnie funkcjonują systemy wejść typu skip-the-line w Stambule, więc uznałam, że tym razem nie będę eksperymentować. Skorzystałam więc z zaproszenia kolegi, który prowadzi butikowe biuro podróży i organizuje wycieczki w trochę innym klimacie, niż wielkie biura.
Do Bułgarii lecieliśmy z Gdańska ostatnim lotem do Burgas w sezonie. Sam dzień podróży okazał się raczej wyczerpujący. Polskie lotniska mają całkiem przyzwoity poziom obsługi, ale organizacja i zarządzanie ruchem pasażerskim nadal potrafią momentami zadziwiać. Po standardowej odprawie i kontroli bezpieczeństwa utknęliśmy na dłuższy czas w rękawie prowadzącym do samolotu, bez możliwości cofnięcia się ani przejścia dalej, a później kolejne kilkadziesiąt minut spędziliśmy już na pokładzie zaparkowanego samolotu. Sam lot trwał około dwóch i pół godziny. Odbiór bagażu w Burgas przebiegł sprawnie, a transfer do Złotych Piasków zajął mniej więcej pół godziny. Mimo to cały dzień praktycznie upłynął pod znakiem podróży, choć do Gdańska przyjechałam dzień wcześniej i nocowałam w hotelu bezpośrednio przy lotnisku. Dystans około dwóch tysięcy kilometrów, niemal bezpośredni lot i teoretycznie prosta trasa. Na miejscu w hotelu byliśmy dopiero wieczorem.
Następnego dnia padało. Hotelowy basen wyglądał zachęcająco, ale poranny chłód skutecznie zniechęcał do kąpieli. Po południu pojechaliśmy do pobliskiego Nesebyru. Mżyło. Później pogoda wyraźnie się poprawiła. Warunki do spacerowania po zabytkowym mieście były całkiem dobre. Dzięki bułgarskiej przewodniczce mogłam uporządkować i rozszerzyć swoją dość podstawową dotąd wiedzę o historii Bułgarii. Jak zwykle zrobiłam też ogromną liczbę zdjęć, do których zapewne będę wracała w osobnych wpisach.
Kolejny dzień przyniósł jeszcze gorszą pogodę. Morze było szare, niebo ciężkie, a hotelowy basen pozostawał bardziej dekoracją niż realną możliwością odpoczynku. Z perspektywy czasu był to jednak dobry moment na regenerację przed wyjazdem do Stambułu. Hotel żył własnym rytmem. Dominowali Brytyjczycy, sporo było Polaków, pojawiali się też Skandynawowie, Bułgarzy i pojedynczy rosyjscy turyści. Wieczorami atmosfera robiła się bardzo głośna. Brytyjczycy bawili się intensywnie, alkohol lał się szerokim strumieniem, ale po jedenastej wszystko cichło zgodnie z hotelowymi zasadami. Cały hotel funkcjonował jak osobny, tymczasowy mikrokosmos ludzi przybyłych z różnych części Europy. Jedyne co kompletnie rozczarowało to jedzenie. Obsługa kuchnii i kelnerzy pochodzili z Indii. Nie mieli chyba pojęcia o bułgarskiej kuchni. Jedzenie było zjadliwe, ale brakowało mu nuty smakowej.
Do Stambułu wyjechaliśmy o piątej rano. Godzina była fatalna, ale pozwalała uniknąć części ruchu przy wjeździe do miasta. Według Google Maps przejazd miał zająć około pięciu godzin. W rzeczywistości podróż autokarem trwała bliżej siedmiu. Ale właśnie wtedy okazało się, że decyzja o wyjeździe drogą lądową była jedną z najlepszych podczas całego pobytu.
Granica bułgarsko-turecka zrobiła na mnie dość osobliwe wrażenie. Jak na jedno z wejść do Unii Europejskiej infrastruktura wyglądała zaskakująco archaicznie i niezbyt zachęcająco. Musieliśmy dwukrotnie opuszczać autokar – przy wyjeździe z Bułgarii i przy wjeździe do Turcji. Wszystko było już zdigitalizowane, ale procedury nadal wymagały fizycznej kontroli pasażerów. Nie robiło to jednak aż tak dużego wrażenia na kimś, kto pamięta jeszcze realia podróżowania po Europie sprzed Schengen. a także w czasach kiedy Polska była jeszcze w bloku wschodnim. Dopiero później, obserwując liczne kontrole policyjne po obu stronach granicy, zrozumiałam jednak, dlaczego ten odcinek jest tak pilnie monitorowany. Okolice przejścia pozostają jednym z głównych szlaków nielegalnej migracji oraz przemytu do Unii Europejskiej.
Sama droga do Stambułu okazała się niezwykle ciekawa. Wszystko dlatego, że musieliśmy przejechać cały Stambuł. Gdybyśmy przylecieli samolotem bezpośrednio na lotnisko, zobaczylibyśmy jedynie fragment miasta. Tymczasem autokar prowadził nas przez kolejne dzielnice rozciągnięte pomiędzy Morzem Czarnym, Morzem Marmara i Bosforem. Dopiero wtedy naprawdę widać jak ogromne jest to miasto. Stambuł wydaje się niemal nie mieć końca. Zabudowa ciągnie się przez wzgórza, doliny i wybrzeża, tworząc ogromny organizm miejski, w którym stare osiedla, nowoczesne apartamentowce, wieżowce i historyczne meczety funkcjonują obok siebie niemal bez wyraźnych granic.
Moją uwagę zwróciły bulwary ciągnące się wzdłuż Kennedy Avenue. Równolegle do głownej ulicy prowadzącej przy brzegu morza Marmara rozciągał się wielokilometrowy park z ogromną liczbą drzew, trawników i miejsc do odpoczynku. Całość wyglądała na niezwykle zadbaną i przemyślaną. Widać było rozbudowany system nawadniania, ścieżki spacerowe, miejsca parkingowe i przestrzeń pozwalającą po prostu usiąść nad wodą. Co ciekawe, rozwiązano to w sposób znacznie bardziej przyjazny niż w wielu współczesnych europejskich miastach, gdzie przestrzeń nadrzeczna lub nadmorska bywa coraz silniej odcinana od ruchu samochodowego i codziennego funkcjonowania miasta. Tutaj mieszkańcy mogli po prostu podjechać, zaparkować i zejść nad wodę. Samo nabrzeże nie przypomina jednak klasycznych nadmorskich kurortów. Nie ma tu szerokich miejskich plaż. Linia brzegowa jest często skalista, zabudowana lub stroma, a miasto funkcjonuje bardziej obok morza niż na plaży. Jednocześnie właśnie morze daje Stambułowi oddech. Szczególnie w gęsto zabudowanych dzielnicach musi ono przynosić ulgę podczas upalnych dni.
Zbilżając się do historycznej części miasta, dotarliśmy na ogromny parking autokarowy położony nad Morzem Marmara. Tam czekała nas dość nietypowa, ale – jak się później okazało – całkowicie standardowa dla Stambułu procedura. Nasz bułgarski autokar kończył swoją trasę właśnie w tym miejscu. Dalej mieliśmy kontynuować podróż tureckim autokarem z lokalnym kierowcą i turecką przewodniczką. Jak wyjaśniono nam później, taka jest polityka organizacji ruchu turystycznego w mieście. Zagraniczne autokary bardzo często nie wjeżdżają głębiej do centrum, szczególnie w najbardziej zatłoczone części metropolii. Dopiero stojąc na tym ogromnym parkingu pełnym autobusów z różnych krajów zaczęłam rozumieć skalę ruchu turystycznego obsługiwanego każdego dnia przez Stambuł. W powietrzu czuć już było wilgoć znad Morza Marmara, a jednocześnie człowiek miał świadomość, że mimo wielogodzinnej podróży właściwe spotkanie z miastem dopiero się zaczyna. Od tego momentu tempo jazdy, styl poruszania się po ulicach i sama atmosfera podróży wyraźnie się zmieniły. Nasz turecki kierowca poruszał się po coraz gęstszym ruchu z niezwykłą swobodą. Chaos ulic Stambułu był dla niego czymś całkowicie naturalnym.
Po przejechaniu wzdłuż całej europejskiej części miasta, przejechaliśmy przez most nad Bosforem na stronę azjatycką, gdzie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek w restauracji z punktem widokowym . Z punktu widokowego roztaczała się panorama europejskiego Stambułu, choć lekka mgła unosząca się nad wodą utrudniała fotografowanie. To zjawisko powracało później wielokrotnie i rzeczywiście nadawało miastu pewną miękkość, którą trudno uchwycić na zdjęciach. Właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, że Stambuł nie jest miastem jednego widoku ani jednej osi urbanistycznej. On zmienia się praktycznie z każdym wzgórzem, każdym zakrętem drogi i każdym fragmentem wybrzeża.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w dzielnicy handlowej związanej z turecką branżą odzieżową. Sam sklep był bardzo elegancki, zlokalizowany w wyjątkowo zadbanej części miasta, ale bardziej od samych zakupów zainteresowała mnie okolica. Kolejny park, kolejne starannie utrzymane przestrzenie publiczne i kolejne widoki na morze pojawiające się pomiędzy zabudową. W wielu miejscach Stambuł sprawiał wrażenie miasta znacznie bardziej zielonego, niż można by przypuszczać patrząc jedynie na fotografie historycznego centrum.
Później jechaliśmy wzdłuż murów Konstantynopola. Te monumentalne fortyfikacje z IV i V wieku przez stulecia chroniły miasto przed najazdami i do dziś pozostają jednym z najbardziej niezwykłych elementów krajobrazu Stambułu. Co ciekawe, tuż przy murach nadal znajdują się niewielkie ogródki warzywne uprawiane przez mieszkańców. To jedno z tych miejsc, gdzie historia nie została całkowicie odseparowana od codziennego życia miasta.
Do Hagii Sophii dotarliśmy późnym popołudniem, kiedy światło nad Sultanahmet (historyczna dzielnica Stambułu położona w miejscu dawnego Konstantynopola) zaczynało już powoli mięknąć. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co później wydawało mi się niemal niewiarygodne. Przed wejściem praktycznie nie było kolejki. Następnego dnia, kiedy przechodziliśmy przez ten sam plac około drugiej po południu, tłum oczekujących ciągnął się przez znaczną część placu i prawdopodobnie oznaczał kilka godzin stania. Być może miało to związek z nadchodzącym piątkiem, który w świecie muzułmańskim ma szczególne znaczenie religijne.
Sama Hagia Sophia wywołała we mnie bardzo mieszane emocje. Z jednej strony trudno nie odczuwać ciężaru historii miejsca, które przez niemal półtora tysiąca lat pozostawało jednym z najważniejszych symboli Konstantynopola, później Stambułu, Bizancjum i Imperium Osmańskiego. Z drugiej strony obecna funkcja budynku jako czynnego meczetu całkowicie zmienia sposób jego odbioru. Turyści mogą dziś poruszać się wyłącznie po górnej galerii, podczas gdy dolna część pozostaje przestrzenią przeznaczoną dla modlących się wiernych. W praktyce oznacza to, że ogląda się wnętrze z pewnego dystansu, niemal jak z teatralnego balkonu zawieszonego nad ogromną przestrzenią dawnej bazyliki.
Już przy wejściu zwracano uwagę na odpowiedni strój. Kobiety muszą mieć zakryte włosy, choć w praktyce zasady nie są aż tak restrykcyjne, jak czasem wyobrażają to sobie europejscy turyści. Wystarcza zwykła chusta, szal, ale równie dobrze może to być kaptur bluzy czy kurtki. W pewnym momencie mój kaptur zsunął się podczas robienia zdjęć i jeden z pracowników bardzo uprzejmie zwrócił mi uwagę, żebym ponownie zakryła głowę. Nie było w tym nic nieprzyjemnego ani surowego – raczej spokojne i z uśmiechem przypomnienie o obowiązujących zasadach.
Trafiliśmy akurat na moment modlitwy i właśnie to okazało się dla mnie jednym z najbardziej interesujących elementów wizyty. Jako dziecko mieszkałam przez pewien czas w kraju muzułmańskim, ale nigdy wcześniej nie obserwowałam modlitwy w meczecie z tak bliskiej perspektywy. Z galerii można było jednocześnie oglądać wnętrze budynku i przyglądać się rytuałowi modlących się ludzi. I chyba właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam, że Hagia Sophia nie jest dziś wyłącznie zabytkiem ani muzeum, lecz przede wszystkim żyjącą przestrzenią religijną, do której turyści zostali niejako dopuszczeni.
Samo wnętrze pozostawiło jednak dość ambiwalentne wrażenie. Oczywiście monumentalna skala budynku jest imponująca, ale jednocześnie wiele elementów wydaje się dziś surowych, częściowo pustych i pozbawionych dawnej dekoracyjności. W pewnym sensie ma to związek z samą tradycją islamu, która nie dopuszcza figuratywnych przedstawień religijnych w przestrzeni meczetu. Wiele dawnych mozaik i przedstawień zostało zasłoniętych lub usuniętych, a część wnętrza sprawia dziś wrażenie bardziej ascetycznego, niż można by oczekiwać po jednym z najsłynniejszych budynków świata. Paradoksalnie jednak właśnie to połączenie ogromnej przestrzeni, półmroku i świadomości historii miejsca tworzy bardzo specyficzną atmosferę. Nie wiadomo jednak ile z pierwotnej spuścizny zniszczyli uczestnicy Czwartej Krucjaty, a ile poźniejsza konwersja na meczet.
Po wyjściu z Hagii Sophii przeszliśmy przez plac w stronę Błękitnego Meczetu. Mimo niewielkiej odległości doświadczenie obu budynków okazało się zupełnie inne. Hagia Sophia wydaje się bardziej ciężka, historyczna i niejednoznaczna, podczas gdy Błękitny Meczet sprawia wrażenie przestrzeni bardziej harmonijnej i uporządkowanej.
Tutaj również obowiązywały zasady dotyczące odpowiedniego stroju. Kobiety musiały zakryć włosy – ponownie wystarczała chusta, szal czy kaptur – jednak przy wejściu przygotowano także specjalne stanowisko, gdzie można było bez problemu wypożyczyć chustę. W przeciwieństwie do Hagii Sophii tutaj cała podłoga pokryta była miękkimi dywanami. Przed wejściem należało więc zdjąć buty. Przygotowano nawet specjalne miejsca i szafki przeznaczone dla turystów. Po doświadczeniach z Japonii miałam jednak przy sobie własny worek na obuwie. Wnętrze meczetu podzielono drewnianą balustradą na dwie części. Większa pozostawała przestrzenią modlitwy dla wiernych, mniejsza została przeznaczona dla zwiedzających. Nie trwała wtedy formalna modlitwa zbiorowa, ale część osób modliła się indywidualnie, co nadawało całemu miejscu bardzo spokojną atmosferę. W przeciwieństwie do Hagii Sophii przestrzeń wydawała się bardziej jednolita, mniej „rozpięta” pomiędzy funkcją zabytku a funkcją religijną.
Siedząc później jeszcze przez chwilę na placu między oboma budynkami, zaczęłam coraz mocniej odczuwać specyfikę Sultanahmet. To nie jest po prostu skupisko zabytków. To przestrzeń, w której nakładają się na siebie niemal dwa tysiące lat historii miasta – od Konstantynopola cesarzy bizantyjskich, przez osmański Stambuł, po współczesną metropolię pełną turystów z całego świata. I właśnie to współistnienie różnych epok, religii i funkcji miasta okazało się dla mnie chyba najbardziej fascynującym doświadczeniem całego pobytu. Powoli zapadał wieczór, a światło nad Sultanahmet stawało się coraz bardziej miękkie i złotawe. Spacerowaliśmy chwilę między starożytnymi obeliskami stojącymi na terenie dawnego hipodromu. Obelisk Teodozjusza, Kolumna Wężowa i Obelisk Konstantyna wydawały się niemal nieco zagubione pomiędzy tłumami turystów i współczesnym miastem. A przecież przez stulecia właśnie tutaj znajdowało się polityczne i ceremonialne centrum Konstantynopola.
Byliśmy bardzo zmęczeni. Mimo to dzień jeszcze się nie kończył. Czekał nas kolejny przejazd przez Stambuł – tym razem do hotelu położonego w nowszej części europejskiej strony miasta. Historyczne centrum z monumentalnymi meczetami zaczęło stopniowo ustępować miejsca bardziej zwyczajnym dzielnicom mieszkalnym, gęstej zabudowie, licznym sklepom i niekończącemu się ruchowi ulicznemu. Nasz turecki kierowca poruszał się po tych ulicach z niezwykłą swobodą. Wjeżdżaliśmy w coraz węższe ulice, mijaliśmy ciasno zaparkowane samochody, niewielkie sklepy i kolejne restauracje pełne ludzi siedzących przy stolikach mimo późnej pory. Dla kogoś nieprzyzwyczajonego do takiego ruchu całość wydawała się niemal chaotyczna, ale jednocześnie wszystko funkcjonowało w jakiś zaskakująco płynny sposób. Szczególnie zwracały moją uwagę sklepy tekstylne i odzieżowe. W wielu witrynach wisiały ubrania zupełnie inne niż te, które zwykle ogląda się w Europie Zachodniej. Dużo było intensywnych kolorów, ozdobnych tkanin, haftów i bardziej dekoracyjnych fasonów. Niektóre ulice sprawiały wręcz wrażenie ogromnych pasaży handlowych ciągnących się przez całe kwartały zabudowy.
Sam hotel znajdował się w dzielnicy pełnej stromych uliczek i ciasnej zabudowy. Kiedy nasz kierowca zaczął manewrować dużym autokarem pomiędzy zaparkowanymi samochodami, część osób patrzyła na to z wyraźnym niedowierzaniem. On jednak sprawiał wrażenie całkowicie spokojnego. W pewnym sensie właśnie wtedy zrozumiałam, że poruszanie się po Stambule wymaga zupełnie innego wyczucia przestrzeni i ruchu niż w większości europejskich miast.
Wieczorem czekała nas jeszcze tradycyjna turecka kolacja. Po całym dniu intensywnego zwiedzania trudno już było chłonąć kolejne informacje, ale sama atmosfera restauracji i miasta pozostawała bardzo charakterystyczna. W powietrzu unosił się zapach grillowanego mięsa, przypraw i herbaty. Rozmowy mieszały się z odgłosami ulicy dobiegającymi z zewnątrz. Człowiek miał wrażenie, że Stambuł nigdy całkowicie nie milknie.
Noc minęła zaskakująco szybko. Następnego ranka zeszliśmy na śniadanie i właśnie wtedy po raz kolejny przypomniało mi się, jak bardzo kuchnia potrafi być częścią doświadczenia podróży. Hotelowy bufet okazał się zaskakująco dobry jak na obiekt nastawiony głównie na grupy turystyczne. Mam zresztą spore porównanie, ponieważ często podróżuję również służbowo i bywam w wielu hotelach biznesowych, gdzie śniadania bywają znacznie bogatsze niż w hotelach turystycznych. Tutaj wybór był naprawdę bardzo szeroki i dobrze przemyślany. Obok klasycznych europejskich elementów śniadania pojawiało się mnóstwo lokalnych tureckich potraw, dodatków i przekąsek. Były różne sery, oliwki, świeże warzywa, pieczywo, ciepłe dania, ale też ogromna liczba słodkości charakterystycznych dla tureckiej kuchni. Nie mówiąc już o przepysznej kawie, ale przecież byliśmy w Turcji. Trudno, żeby było inaczej. Najbardziej zapamiętałam jednak tureckie słodycze i różne odmiany chałwy. Na co dzień właściwie nie jem słodyczy, więc zazwyczaj nawet nie zwracam na nie większej uwagi podczas hotelowych śniadań. Tutaj jednak po prostu nie mogłam się oprzeć. Wszystko wyglądało niezwykle świeżo i apetycznie, a sama chałwa miała zupełnie inną konsystencję i smak niż produkty, które najczęściej spotyka się w Europie. Po bardzo intensywnym poprzednim dniu takie spokojniejsze śniadanie stało się zresztą jednym z tych małych momentów odpoczynku, które później pamięta się równie dobrze jak zabytki i panoramy miasta.
Po śniadaniu pojechaliśmy nad Bosfor. W planie mieliśmy godzinny rejs po cieśninie. Już sama droga do przystani była kolejną okazją do obserwowania miasta budzącego się do życia. Moją uwagę zwrócił sposób w jaki myto chodniki i podłogi w sklepach – po prostu lano na nie strumienie wody. Ruch na ulicach stawał się coraz większy, chodniki powoli się zapełniały. Pomiędzy kolejnymi budynkami co chwilę pojawiały się fragmenty wody w kolorze akwamarynu połyskującej w porannym świetle. Dopiero wtedy zaczęłam rozumieć, jak bardzo Stambuł żyje w relacji z Bosforem i Morzem Marmara. Tutaj woda nie jest jedynie dodatkiem do miasta – ona właściwie współtworzy jego strukturę.
Sam rejs po Bosforze trwał około półtorej godziny i okazał się jednym z najbardziej pamiętnych elementów całego pobytu. Stambuł oglądany z poziomu wody wygląda zupełnie inaczej niż podczas przejazdu ulicami. Z lądu człowiek widzi pojedyncze dzielnice, budynki i place, natomiast z Bosforu zaczyna dostrzegać ogrom całej metropolii rozciągającej się na wzgórzach po obu stronach cieśniny. Dopiero stamtąd naprawdę można zrozumieć, dlaczego Stambuł od wieków był jednym z najważniejszych miast świata.
Poranek był dość jasny, ale nad wodą unosiła się lekka mgła, która chwilami zmiękczała kontury miasta. Kopuły meczetów i sylwetki minaretów wydawały się momentami niemal rozpływać w powietrzu. To właśnie ta delikatna wilgoć i mleczne światło tworzyły atmosferę, którą wcześniej trudno było mi uchwycić podczas fotografowania z punktów widokowych.
Statek płynął stosunkowo blisko brzegu, dzięki czemu można było dokładnie obserwować nadwodną zabudowę. Szczególne wrażenie robiły pałace osmańskie wzniesione niemal przy samej linii wody. Ich fasady odbijały się w Bosforze, a za nimi na wzgórzach piętrzyły się kolejne warstwy miasta. W wielu miejscach zabudowa wyglądała tak, jakby wyrastała bezpośrednio ze stromych zboczy schodzących ku cieśninie. Między historycznymi budynkami pojawiały się nowoczesne apartamentowce, wille ukryte w zieleni i kolejne meczety.
Szczególnie fascynująca wydała mi się azjatycka strona miasta. Już dzień wcześniej widzieliśmy ją z oddali, ale dopiero z poziomu wody można było dostrzec szczegóły – nowoczesne rezydencje położone tuż nad Bosforem, niewielkie prywatne przystanie, tarasy i ogrody schodzące niemal do samej wody. Niektóre domy miały niewielkie baseny ukryte pomiędzy drzewami i murami. Całość sprawiała momentami wrażenie bardziej śródziemnomorskiego wybrzeża niż gigantycznej metropolii liczącej kilkanaście milionów mieszkańców.
Co ciekawe nie widzieliśmy statków handlowych płynących po Bosforze. Rano widzielśmy statki oczkujące na wejście w cieśninę jeszcze na Morzu Marmara. Przewodniczka wyjaśniła nam, że ruch statków handlowych odbywa się jednokierunkowo. O określonej porze statki płyną w jednym kierunku, potem w kolejnych godzinach w drugim.
Bardzo ciekawe było również obserwowanie codziennego życia nad Bosforem. W parkach i promenadach pojawiali się biegacze, spacerowicze i ludzie pijący poranną herbatę w niewielkich kawiarniach. W wielu miejscach mieszkańcy siedzieli po prostu nad wodą. W przeciwieństwie do wielu europejskich miast nadmorskich Stambuł nie wydaje się całkowicie podporządkowany turystyce. Nawet w najbardziej reprezentacyjnych częściach wybrzeża cały czas czuć, że to przede wszystkim normalnie funkcjonujące miasto.
Na statku panowała dość typowa turystyczna atmosfera. Część osób robiła zdjęcia praktycznie bez przerwy, inni po prostu siedzieli na pokładzie i patrzyli na przesuwające się widoki. Trzeba było jedynie uważać na ceny w pokładowym barze, które okazały się zaskakująco wysokie nawet jak na europejskie standardy. Niewielka szklanka soku czy małe piwo kosztowały około dziesięciu euro, co w zestawieniu z lokalnymi cenami robiło dość osobliwe wrażenie.
Po zejściu ze statku przeszliśmy do znajdującego się niedaleko przystani Bazaru Egipskiego, znanego również jako Bazar Korzenny. Już z daleka okolica wydawała się znacznie bardziej chaotyczna niż uporządkowane przestrzenie wokół Bosforu. Ruch uliczny gęstniał, chodniki robiły się coraz bardziej zatłoczone, a pomiędzy kolejnymi sklepami i straganami pojawiały się tłumy ludzi przemieszczających się we wszystkich kierunkach. Sam bazar mieści się w historycznym budynku o charakterystycznym układzie przypominającym literę „L”, ale w praktyce dawno już wykroczył poza swoje dawne granice. Handel rozlał się na sąsiednie uliczki, tworząc ogromną sieć sklepów, stoisk i niewielkich punktów sprzedaży. W wielu miejscach trudno już było odróżnić właściwy bazar od otaczającej go handlowej tkanki miasta.
Mieliśmy tam zaplanowaną degustację, ale dość szybko oddzieliłam się od grupy, żeby spokojnie fotografować i po prostu obserwować otoczenie. Wizualnie miejsce robiło ogromne wrażenie. Stosy przypraw układano niemal jak dekoracje teatralne – perfekcyjnie wyrównane kopce czerwieni, zieleni, żółci i brązów wyglądały bardziej jak instalacje artystyczne niż zwykłe produkty spożywcze. Podobnie prezentowały się tureckie słodycze, suszone owoce i herbaty wystawione w ogromnych ilościach. Jednocześnie miałam dość mieszane odczucia wobec samego bazaru. Oczywiście historyczna atmosfera nadal była tam obecna, ale w wielu miejscach całość wydawała się bardzo podporządkowana turystom. Ceny po negocjacjach wcale nie okazywały się szczególnie atrakcyjne, a sam handel sprawiał momentami wrażenie bardziej wyreżyserowanego niż spontanicznego. Chyba podświadomie oczekiwałam czegoś bardziej surowego i autentycznego – miejsca pełnego intensywnych zapachów przypraw, hałasu i prawdziwego targowego chaosu.
Co ciekawe, właśnie zapachów brakowało mi tam najbardziej. Paradoksalnie mimo ogromnej ilości przypraw aromaty nie były tak intensywne, jak można by się spodziewać. Znacznie mocniej zapamiętałam natomiast samą wizualną stronę bazaru. W pewnym momencie obserwowałam jednego ze sprzedawców, który niewielką łopatką bardzo starannie przesypywał przyprawy, wygładzając ich powierzchnię tak, aby ekspozycja wyglądała idealnie. Ten drobny gest powiedział mi chyba więcej o współczesnym Egipskim Bazarze niż jakikolwiek przewodnik. W dużej mierze jest to dziś miejsce budowania atmosfery i obrazu miasta – przestrzeń, którą ogląda się niemal równie mocno, jak się ją rzeczywiście doświadcza.
Po jakiejś godzinie wróciliśmy ponownie w okolice Sultanahmet. Naszym kolejnym celem był pałac Topkapi, dawna główna rezydencja sułtanów osmańskich. Już samo podejście pod kompleks pałacowy robiło duże wrażenie. W pobliżu Hagii Sophii ruch turystyczny był jeszcze większy niż poprzedniego dnia, a kolejka do wejścia do świątyni ciągnęła się przez znaczną część placu. W pewnym momencie trudno było wręcz uwierzyć, że dzień wcześniej weszliśmy tam praktycznie bez oczekiwania.
Sam Topkapi od dawna znajdował się na mojej liście miejsc, które chciałam zobaczyć, dlatego początkowo z dużym zainteresowaniem słuchałam opowieści przewodnika o funkcjonowaniu dworu osmańskiego, życiu sułtanów i organizacji imperium. Problem polegał jednak na tym, że przez bardzo długi czas staliśmy jedynie na jednym z dziedzińców przed właściwym wejściem do pałacu. Oczywiście otoczenie było zadbane i pełne zieleni, ale po tak intensywnych dwóch dniach zaczynałam odczuwać już wyraźne zmęczenie. Widziałam mury i bramy prowadzące do jednego z najsłynniejszych pałaców świata, słuchałam historii o haremach, ceremoniale i administracji imperium, a jednocześnie miałam wrażenie, że właściwe zwiedzanie wciąż się nie zaczyna. Przez chwilę byłam wręcz lekko rozczarowana i zastanawiałam się, dlaczego właściwie stoimy tam tak długo zamiast wejść do środka. Dopiero później okazało się, że cały ten pozorny przestój miał bardzo praktyczny powód. Nasze wejście do kolejnego miejsca było zarezerwowane na konkretną godzinę. Nie mielśmy natomiast w planie wejścia do pałacu, bo na jego zwiedzanie niezbędne jest kila godzin.
Zeszliśmy ulicą biegnącą obok Hagii Sophii w kierunku Bazyliki Cysterny. I właśnie tutaj ponownie okazało się, jak dużą przewagę daje lokalna organizacja i turecki przewodnik. Przed wejściem ustawiały się już kolejki, ale my weszliśmy praktycznie od razu, dokładnie o wyznaczonej godzinie. Bazylika Cysterna od dawna funkcjonuje w popkulturze głównie dzięki filmowi Inferno na podstawie powieści Dana Browna. Wiele osób kojarzy ją właśnie jako tajemniczą podziemną przestrzeń pod Hagią Sophią. W rzeczywistości jednak cysterna nie znajduje się pod świątynią, lecz obok niej, kilka minut spacerem od placu Sultanahmet. Mimo to film dobrze oddał atmosferę tego miejsca – wilgotną, ciemną i niemal nierealną.
Już po zejściu schodami w dół temperatura i dźwięki miasta nagle się zmieniły. Gwar Stambułu praktycznie zniknął, zastąpiony przez echo kroków, szum wody i przytłumione rozmowy odbijające się pomiędzy kolumnami. Wnętrze było znacznie większe, niż się spodziewałam. Setki marmurowych kolumn ciągnęły się w półmroku niemal bez końca, a światła odbijające się w wodzie tworzyły momentami bardzo teatralny efekt. Raz przestrzeń wydawała się zielonkawa, chwilę później czerwonawa lub niebieska, w zależności od zmieniającego się oświetlenia.
W przeciwieństwie do wielu innych zabytków Stambułu tutaj nie chodziło wyłącznie o historię czy dekoracyjność wnętrza. Największe wrażenie robiła sama świadomość funkcji tego miejsca. Zbudowana w VI wieku za panowania cesarza Justyniana cysterna była częścią gigantycznego systemu zaopatrzenia Konstantynopola w wodę. Miasto, mimo położenia pomiędzy morzami, od wieków miało ograniczony dostęp do słodkiej wody i wymagało rozbudowanego systemu akweduktów oraz podziemnych zbiorników. I chyba właśnie ta świadomość najbardziej działała na wyobraźnię. Stałam pod ziemią w ogromnej konstrukcji stworzonej półtora tysiąca lat temu wyłącznie po to, by zapewnić funkcjonowanie wielomilionowej metropolii imperium. W pewnym sensie była to jedna z najbardziej stambulskich przestrzeni całego wyjazdu – miejsce, gdzie infrastruktura, historia i skala dawnego miasta spotykają się w wyjątkowo namacalny sposób. Mimo zmęczenia zrobiłam tam dużo zdjęć, choć szybko okazało się, że warunki są znacznie trudniejsze, niż wydawało się na początku. Półmrok i odbicia światła w wodzie sprawiały, że musiałam zmienić aparat.
Kiedy wyszliśmy z Cysterny, dotarłam już do momentu całkowitego zmęczenia miastem. Po dwóch dniach niemal nieustannego ruchu, fotografowania, słuchania historii i przemieszczania się między kolejnymi częściami Stambułu miałam wrażenie, że mój umysł przestaje przyjmować kolejne informacje. BYłam też przemęczona fizycznie. Nawet najpiękniejsze zabytki zaczynają w pewnym momencie zlewać się w jedną całość, jeśli człowiek nie pozwoli sobie choć na chwilę zatrzymania.
Na szczęście przewodnicy dali nam trochę wolnego czasu. Już wcześniej zauważyłam kilka restauracji położonych na dachach okolicznych budynków. W wielu miejscach Stambułu takie rooftopowe tarasy są dziś niemal obowiązkowym elementem turystycznej infrastruktury. Odłączyłam się od grupy, i wjechałam na górę jednej z restauracji. Zamówiłam późny obiad oraz turecką herbatę. Oczywiście wszystko miało swoją cenę. Takie miejsca nie są tanie i płaci się tam przede wszystkim za lokalizację oraz widok. W normalnych okolicznościach pewnie uznałabym ceny za wyraźnie zawyżone. Po kilku minutach siedzenia kompletnie przestało mieć to znaczenie.
Przez niemal dwie godziny siedziałam przy stoliku, mając dosłownie kilkadziesiąt metrów od siebie Hagię Sophię, w oddali Błękitny Meczet i widok na dawny hipodrom, z drugie stony tarasu było widać Bosfor. Kopuły i minarety dominowały nad całym widokiem, a późnopopołudniowe światło powoli zaczynało zmieniać kolory miasta. Tłum na placu w dole wydawał się odległy i przytłumiony, podczas gdy z góry wszystko nabierało znacznie spokojniejszego rytmu.
I właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę poczułam ciężar historii tego miejsca. Nie podczas zwiedzania wnętrz, nie podczas słuchania przewodników ani robienia zdjęć, ale właśnie siedząc spokojnie nad herbatą z widokiem na dawny Konstantynopol. Trudno było nie myśleć o tym, że dokładnie w tym miejscu przez stulecia krzyżowały się światy Bizancjum, Imperium Osmańskiego, chrześcijaństwa i islamu, Europy i Azji. Pamiętam też charakterystyczne dźwięki dobiegające z placu i okolicznych meczetów. Co jakiś czas nad miastem rozchodził się śpiew muezinów, odbijający się pomiędzy kopułami i wąskimi ulicami Sultanahmet. Popłudniowe światło stawało się coraz bardziej miękkie, a Stambuł, który jeszcze kilka godzin wcześniej wydawał się przytłaczającą megametropolią, z góry sprawiał wrażenie miasta niemal spokojnego. To był jeden z tych bardzo rzadkich momentów w podróży, kiedy człowiek przestaje już zwiedzać, a zaczyna po prostu być w danym miejscu. Bez pośpiechu, bez kolejnego punktu programu i bez potrzeby robienia następnych zdjęć co kilka minut. I właśnie dlatego ten późny obiad oraz herbata z widokiem na Hagię Sophię pozostały dla mnie jednym z najmocniejszych wspomnień z całego wyjazdu.
Około piątej po południu wróciliśmy do autokaru i rozpoczęliśmy drogę powrotną do Bułgarii. Co ciekawe, wyjazd ze Stambułu prowadził nieco inną trasą niż dzień wcześniej, dzięki czemu jeszcze przez dłuższy czas mogliśmy obserwować kolejne fragmenty miasta. Nawet po dwóch intensywnych dniach miałam poczucie, że widzę jedynie niewielki wycinek tej ogromnej metropolii. Stambuł sprawia wrażenie miasta praktycznie nieskończonego – kiedy wydaje się, że zabudowa wreszcie zaczyna się kończyć, za kolejnym wzgórzem pojawiają się następne dzielnice, nowe osiedla, kolejne meczety i następne pasy ruchu wypełnione samochodami.
Wieczorne światło powoli zaczynało gasnąć. Im dalej oddalaliśmy się od historycznego centrum, tym bardziej uwagę zaczynały zwracać kwestie logistyczne i bezpieczeństwa. W Turcji wielokrotnie zatrzymywała nas policja. Kontrole odbywały się praktycznie na wszystkich głównych trasach prowadzących w stronę granicy. Funkcjonariusze sprawdzali samochody, zaglądali do bagażników i kontrolowali ruch na drogach. Podobnie wyglądała sytuacja po stronie bułgarskiej. Tam policję interesowały szczególnie luki bagażowe autokarów i potencjalny przemyt nielegalnych migrantów.
Dopiero wtedy jeszcze lepiej zrozumiałam znaczenie tego przejścia granicznego. Z perspektywy turysty wcześniejsze procedury mogły wydawać się jedynie uciążliwą formalnością, ale wieczorne kontrole bardzo wyraźnie pokazywały, że jest to jeden z kluczowych odcinków granicy Unii Europejskiej. Szczególnie zapadł mi w pamięć moment już na samym przejściu granicznym, gdzie obok naszego autokaru stały dwa autokary z rumuńskimi turystami. Podczas gdy my po standardowej kontroli paszportowej mogliśmy jechać dalej, oba rumuńskie pojazdy skierowano do specjalnego hangaru na szczegółowe przeszukanie. Wszystko wskazywało na to, że służby szukały przemytu papierosów lub innych towarów przewożonych ponad dopuszczalne limity.
Do hotelu w Bułgarii wróciliśmy późnym wieczorem, kompletnie wyczerpani. W ciągu zaledwie dwóch dni spędziliśmy niemal osiemnaście godzin w autokarze, przemieszczając się pomiędzy Bułgarią a Stambułem, a jednocześnie zwiedzając jedne z najbardziej znanych miejsc starego świata.
Następne dwa dni w Bułgarii przyniosły wreszcie piękną pogodę. Morze odzyskało kolor, niebo stało się niemal bezchmurne, a hotelowy basen, który wcześniej pozostawał bardziej dekoracją niż realnym miejscem odpoczynku, w końcu zaczął żyć. Woda nadal była wystarczająco ciepła, żeby komfortowo pływać, co po tak intensywnym wyjeździe okazało się prawdziwą ulgą dla zmęczonych mięśni. Kilka dni później wróciliśmy do Polski – tym razem lecąc do Krakowa, znacznie bliższego Bułgarii niż Gdańsk, z którego rozpoczynaliśmy podróż. Sam lot trwał około półtorej godziny, ale później czekała mnie jeszcze droga pociągiem do Warszawy. Na szczęście miałam bardzo dobre towarzystwo, więc czas minął wyjątkowo szybko.
Dopiero już w domu, podczas przeglądania zdjęć, zaczęłam naprawdę porządkować cały wyjazd w głowie. I chyba właśnie wtedy dotarło do mnie, że Stambułu – zresztą jak wielu innych miast – właściwie nie da się zwiedzić w ciągu dwóch dni. Można jedynie wejść z nim w krótką relację, zobaczyć fragmenty miasta i pozwolić, żeby pewne obrazy zostały w pamięci. Dla mnie tymi obrazami pozostały przede wszystkim Bosfor oglądany z poziomu wody, statki czekające przed cieśniną, wilgotne powietrze unoszące się nad miastem, wieczorne światło nad Sultanahmet, półmrok Bazyliki Cysterny i widok Hagii Sophii oglądanej z dachu restauracji przy tureckiej herbacie.
















































































































